Siedem minut - historia wypadku

Siedem minut - historia wypadku
Wypadek samochodowy, który dzieli życie na "po" i "przed". Rehabilitacja, długie dochodzenie do własnej pamięci, przeszłości i sensu. Poznaj historię młodego chłopaka, który przeżył stan agonalny i stał się inną osobą. Czasem wystarczy siedem minut...
/ 28.01.2011 14:32
Siedem minut - historia wypadku

Janek jest studentem łódzkiej uczelni. Ma dziewczynę i rodziców w małym wielkopolskim mieście. Jak każdy daleko od domu marzy, by wrócić na stare śmieci i odpocząć po kilku miesiącach nauki i pracy.

Połowa grudnia. Polska już od tygodnia pływa w świątecznej atmosferze jak w ciepłym mleku, a Janek jest jednym z tych, którzy się do tego przyczyniają. Pracuje razem z tymi, co wieszają lampki na ulicach dużych miast – migoczące aniołki, kolorowe gwiazdki i bombki na choinkach. „Ciężka praca, bo i zimno i śnieg pada, ale widok roześmianych dzieciaków i świątecznej błyszczącej ulicy – bezcenny” – mówi Janek. Poza tym, jak to w każdej pracy, liczy się kasa. Na życie, na prezenty…
Powrót łatwy nie będzie. Dziennikarze alarmują w radio, że ślisko i ruch duży, bo właśnie zaczyna się weekend. Chłopaków w samochodzie jest czterech, Janek siedzi z przodu obok kierowcy. Po całym tygodniu dekorowania ulic, magicznych alejek i prześlicznych zakątków, zmęczenie i satysfakcja są ogromne. Zauroczeni świątecznym klimatem, nie czują obecności zagrożenia…

„Twoje zdrowie, Janek”

Scenariusz jest bardzo prosty. Kierowca zasnął, zostawił nogę na gazie do końca, dlatego zjechał na sąsiadujący pas i uderzył w jadącego z naprzeciwka tira. Rzecz wyglądała tak, jakby nic już nie dało się zrobić. Karetka zjawia się szybko. A Janek trafia w ręce najlepszych lekarzy.

Stan ciężki, niestabilny. Wieść niesie się błyskawicznie – ludzie z miasteczka Janka są przyzwyczajeni, że ktokolwiek coś wie, podaje dalej. Najpierw, że Janek miał wypadek, gdzieś daleko, jechał w Polskę, czy wracał… Nie wiadomo. Leży w szpitalu, też nie wiadomo gdzie. Mówią o tym wszędzie i piszą. Okazuje się, że wypadek był śmiertelny. Zginął kierowca. Piątek wieczór - znaczy, że wracali. Wiadomo już, że z pracy, bo sprzęt był w samochodzie. Janek walczy o życie. Wiadomo też, że stan agonalny, że trzeba przygotować się na najgorsze. Wśród znajomych mówi się o tym bardzo ostrożnie. 20-latkom szykującym się na imprezę sylwestrową u Janka nie mieści się w głowie to, co się stało. „Ale Janek?! Taki żywiołowy, ogarnięty, chodząca energia? Miałby…? Nie… Wszystko będzie dobrze” – mówią po kolei, jakby w amoku. Jednak przeciekają do małomiasteczkowego środowiska coraz smutniejsze informacje. Mówi się, że może się więcej nie obudzić, potem, że jeśli przeżyje, będzie cud. Dziś jest jasne, że każdy kolejny dzień okazał się dla Janka cudem.

Do świąt umierał trzy razy i za każdym razem rodzina się na to przygotowywała, informowana o wszystkim przez lekarzy z wrocławskiego szpitala przy borowskiej. Rówieśnicy zdążyli jedynie postanowić, że impreza nawet bez Janka się odbędzie, bo za dużo pracy w nią włożył, żeby teraz to odwoływać. Jakby żałoba była, a nie ma po kim przecież… Jednak na samej zabawie brakuje entuzjazmu i planowanego rozmachu. Przede wszystkim nieobecna jest najważniejsza dla Janka osoba – Justyna. Na swoim blogu pisze, że pierwszy raz w życiu wita Nowy Rok w Internecie, sama. Tego wieczoru jakoś bawić się nie chce. Mało jest zdjęć, brak apetytu i czuć, że coś wisi w powietrzu. Nikt o tym głośno nie mówi, bo nikt nie wie co myśleć. Tylko co jakiś czas słychać ciche brzękanie – „Janka zdrowie”…

Zdarzyło się wszystko

Ten dzień nazywany jest przez Janka nowymi urodzinami. 11. stycznia wybudził się ze śpiączki farmakologicznej. Rodzice zanosili się łzami szczęścia, lekarze niedowierzali. Jankowi trzeba to wszystko teraz opowiadać. Nie pamięta nic z pierwszych dwóch miesięcy po wypadku, a kolejne ma w głowie jak zły sen. Dla jego rodziny w ciągu miesiąca życie wywróciło się kilka razy podyktowane rokowaniami lekarzy. Pod znakiem zapytania stał każdy zmysł Janka, jego sprawność fizyczna i umysłowa. Powoli rozjaśniał się jego stan: czaszka uszkodzona w 8 miejscach, stłuczony pień mózgu i krwiak, potłuczone płuca, prawa noga połamana tak, że grozi amputacja, paraliż lewej strony ciała.

Na początku długiej drogi do sprawności stoją przy nim wszyscy: liczna rodzina, ukochana dziewczyna, przyjaciele, znajomi. Wszyscy życzą powrotu do zdrowia, kibicują i podziwiają, a każda rozmowa wśród rówieśników zawiera w sobie pytanie: „A nie wiesz co u Janka?”. Ale coraz mniej wnikają w szczegóły, bo czują, że tak naprawdę najtrudniejsze przed nim. Nie wiedzą kim będzie, trzymają dystans, boją się własnych reakcji. Zresztą sam Janek mówi, że tak wyraźnie pamięta dopiero moment, kiedy zrozumiał, że teraz wszystko już tylko od niego zależy. Wyszedł ze szpitala: noga po operacji, krwiak zniknął w szybkim tempie, oddycha swobodnie i paraliż ustępuje. Lekarze zrobili wszystko, co mogli, rodzice nie mogą przestać dziękować, a on sam jest w ciągłym szoku. Ledwo zakodował jak na imię ma ta piękna ruda dziewczyna, która z miłością patrzy na każdy jego ruch, ledwo nauczył się, że to Justyna, a nie jego siostra, pielęgniarka czy kumpela z dawnych lat, a już pamiętał kto z kim kiedy i gdzie wśród licznych znajomych ze swojej paczki. Przed chwilą każdy najmniejszy wysiłek sprawiał mu trudność, a teraz czyta, pisze… Nawet krzyżówki rozwiązuje. I rozumie, że ta historia się nie cofnie, a druga szansa nie powtórzy.

Polecamy serwis Psychologia

Roszada wartości

Kto by w tym wieku myślał o śmierci? O cenie życia i takich tam romantycznych, patetycznych sprawach? Liczy się mieć cel w życiu i do niego dążyć, i żeby było kolorowo i wesoło i zawsze coś nowego, najlepiej takiego na skraju przepaści. Bo „im człowiek jest młodszy, tym większa w nim iluzja własnej nieśmiertelności” . A jak się ma kogoś, kto kocha z wzajemnością, to można góry przenosić. I niby jest w tym idea i naturalność, ale dopuszczać myśli o przypadku, który rządzi ludzkim losem, trzeba. I trzeba wiedzieć, co jest najważniejsze ponad wiekiem i jego następstwami.

Do Janka to dociera, więc bierze się z życiem za bary. Chce sam kontynuować rehabilitację czynno-bierną i wybiera dla siebie jeden z najlepszych w kraju ośrodków rehabilitacyjnych. Na miesiąc wyjeżdża do Krakowa, gdzie życie mu się rozjaśnia. Postępy w zdrowieniu, upalna wiosna i piękna okolica, wszyscy są ciągle pod wielkim wrażeniem. Ciężka praca daje znakomite efekty: Janek chodzi o własnych siłach, używa jedynie kuli. Zwiotczałe mięśnie regenerują się, dlatego paraliż jest już prawie niewidoczny. Ale powrót do „świata żywych” to nie powrót do raju. Życie toczy się dalej, jakby nigdy nic…

Janek tęskni, kocha, docenia… Teraz już wie o co chodziło matce, kiedy denerwowała się każdym jego szalonym pomysłem. Zna cenę. On tak, ale nie może tego wymagać od każdego. Dlaczego nie rozumie ciągłej krytyki ze strony Justyny, i tego szyderczego tonu? Na pewno on przesadza, tylko mu się wydaje… Dlaczego czuje, że wszyscy powoli usuwają się, jakby nieswojo czuli się w jego obecności? Dlaczego on sam nie ma w sobie tej siły, która przed wypadkiem napędzała go do życia? Przecież tyle przeszedł, powinien mieć jej więcej…

„Nie ma tuneli i świateł, filmu z życia i bombardowania emocji odpowiednich dla tych podniosłych chwil. Budzisz się, nic nie czujesz, nic nie myślisz, wiesz tyle, co widzisz. Coś się musiało stać, bo wszyscy płaczą, a Tobie kręci się w głowie. Miałeś wypadek, aha, okej, mogłeś umrzeć, no dobra, masz na imię, masz dziewczynę i studiujesz… A to jest twój dziadek i ojciec i matka… Wszystko zaczynasz kleić, ale stać Cię tylko na to, żeby się świata nauczyć od nowa, bo emocje, stare uczucia, doświadczenia i charakter, kształtują się od nowa w obliczu nowej sytuacji.” Ci, którym udało się to zrozumieć i zaakceptować, są z Jankiem cały czas. Głównie starzy kumple, no i rodzina, wiadomo. Ale nie ona, nie ta jedna jedyna, którą stracił w wypadku (jak swoją osobowość), bo odeszła od „Janka po”, a pokochała „Janka przed”.

Tak, jakby Boga nie było

Wszystko, co Janek ma jest jego zasługą. A ma wszystko, co mógł stracić na zawsze – sprawność fizyczną i intelektualną. Od wypadku minęły prawie dwa lata i teraz już Janek dąży do samorealizacji, do życia pisanego wielką literą. Nadal ćwiczy, walczy o studia, dba o rodzinę i wszystko to wystawiane jest na ciągłą próbę. Kilka miesięcy temu zmarł jego ojciec. A żeby ironia losu była okrutniejsza, w wyniku wypadku samochodowego po przebytej śpiączce. Wcześniej wykruszali się znajomi, nie udało się od razu wrócić na studia, odeszła Justyna… „Ja chciałbym tylko mieć kogoś naprawdę bliskiego, kto nadawałby na tych samych falach co ja. Z kim mógłbym się wszystkim podzielić i ona by mnie zrozumiała… Kogoś, od kogo mógłbym się czegoś nauczyć i może nawet ona czegoś mogłaby… Ode mnie…”
- Nie jestem teraz szczęśliwy.
- Dlaczego?
- Bo nie potrafię tego życia docenić. A ten kto nie docenia życia, nie zasługuje na nie. Mówiłem Ci, że najwięcej w życiu znaczy czas. Dla kogoś, kto przeżył własną śmierć, te pierwszych kilka minut nowego życia. To, co wtedy poczujesz, zrozumiesz i zobaczysz zostawia po sobie najgłębszy ślad, kształtuje Cię od nowa… A wiesz, co było ostatnią rzeczą, którą poczułem po przebudzeniu, która tkwi we mnie do dziś? Bezsilność. Wobec swoich uczuć i uczuć bliskich ludzi, i wobec losu. Wierzysz, starasz się. Nic, tylko ta bezsilność. Zupełnie tak, jakby tego Boga jednak nie było.”

Czytaj też: Mam w głowie piekło - depresja kliniczna

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

Redakcja poleca

REKLAMA